czwartek, 31 marca 2011

Rozdział I

 Usiadłem,staram zachowywać się spokój..kurwa ale w mojej sytuacji to trudne.W trudnych chwilach przypominam sobie słowa mojej matki "Taylor do cholery,co się z tobą dzieję? przecież to nie koniec świata"..tak tak..tyle,że moja sytuacja w tym momencie komplikuje wszytko,rozglądam się po pomieszczeniu..hmm 4m na 4? Obrzydliwy przypominający poranne wymiociny brąz pokrywa,a raczej szpeci ściany.Jedno okno..oczywiście z kratami...w głowie świta mi pomysł..gdybym udał samobójstwo?ale jak..? Przecież mam sznurówki..nie..nie to bez sensu...daj sobie spokoój..stary? co by powiedziała twoja matka...twoja córka..?Twoja Ex? zresztą co mnie ona obchodzi?Sam nie wiem czy wciąż ją kocham?nienawidzę?a może jestem zazdrosny?hyh..dobre sobie. Nagle moje rozterki przerywa męski głos..oczywiście byłem tak zamyślony,że nie słyszałem ,żeby ktoś wchodził:
-Taylor Beckford?-Pyta kładąc odznakę Policyjną koło mnie , dość oschłym głosem ,niby pewnie..ale niby nieco się wahając Facet po pięćdziesiątce,widać ma za sobą długie lata służby,jednak z niewiadomych mi przyczyn trzęsą mu się ręce.Po zeskanowaniu osobnika odpowiadam:
-Taa-na co on siadając komentuje:
-rozmowny jesteś-Jeszcze raz go zeskanowałem po czym Dorzucam:
-nic o mnie nie wiesz.Facet ściąga okulary przeciwsłoneczne ,wzdycha,kładzie ręce na stół i z aroganckim uśmiechem zaczyna:
-Wiem,że zabiłeś sześćdziesiąt dwie osoby,nie wyglądasz na bojowego.Z Czarnej marynarki wyciąga paczkę papierosów,częstuje mnie:
-nie palę.-Odmawiam,kiwając głową.Wzrusza ramionami po czym z drugiej kieszeni wyciąga zapaliczkę na benzynę,srebrną,bardzo  połyskującą pewnie o nią dba,przy tak słabym oświetleniu płomień jeszcze bardziej obrzydza mi i tak szpetne pomieszczenie.Podpala papierosa ,spogląda na mnie i ciągnie:
- to co masz na swoją obronę?.Zaciąga się,spogląda na mnie czekając na moją odpowiedż:
- nic ci nie powiem-Parskam.Facet wypuszcza dym.Jak gdyby nigdy nic uśmiecha się i spokojnym tonem próbuje mnie złamać
:- co cie do tego skłoniło?. Uniosłem się,gościu mnie wkurwia,nie kryjąc tego wściekły rzucam:
-Gówno ci Powiem rozumiesz?Gówno ci powiem! Siadam z powrotem na miejsce,bezczelnie patrzę mu w oczy. Jego niebieskie o pogodnym spojrzeniu,nieco zmęczone,moje zaś brązowe bijące na kilometr wściekłością.Widać to nawet w jego odbiciu.Nie przejął się ,wzdycha,zaczyna od początku:
- Taylor..zrozum ja chce ci tylko pomóc...im więcej mi powiesz..tym mniej lat dostaniesz.Z parapetu bierze popielniczkę,gasząc papierosa,spogląda na mnie.Wzdycham,przejeżdżam sobie ręką po zaroście uświadamiam sobie dwie istotne rzeczy: Pierwszą w jak beznadziejnej sytuacji jestem i drugą,może mniej ważna,ale równie istotną cholera miałem się rano ogolić,nie zwlekając spokojniej okazuję skruchę:
-przepraszam...po prostu...to nie przerasta.Po chwili milczenia jakby ze zrozumieniem w głosie odzywa się:
- Wiem...ale zrobiłeś to..i musisz za to zapłacić.Unoszę lewą brew do góry,jak mam w zwyczaju to robić,gdy mam jakieś wątpliwości śmielej pytam pomimo,że i tak wiem jaką sąd wymierzy mi karę.: - Jak myślisz..? ile dostanę?.Zmarszczył czoło,znów wzdycha:
-Nie jestem pewien...ale.Zawahał się: jeśli będziesz współpracował,to może zgodzi się na jakaś ugodę.Ugodę?Co to ma w ogóle być..przychodzi tutaj i proponuję mi ugodę? kurwa...serio jestem w dupie.Nie mam ochoty już z nim gadać ale on przywołuje mnie kilka razy po imieniu,aż w końcu dociera:
-Taylor...!
-Co?.Melduję się ,udając ,że wszytko jest Okay,nie dam po sobie poznać,że się tym przejmuję i tak nie mam już nic do stracenia:
- więc jesteś bezrobotny? Unosi dwie brwi jakby się dziwił,spogląda na mnie od włosów aż  po tors,bo resztę zasłania mu stół.:
-jestem artystą-parskam znów,oburzony:
-artystą?-znów się dziwi:
-tsa:
-To co takiego robisz,że zwiesz się artystą?-pyta równie zdziwiony,tyle,że teraz jakby z uśmiechem,takim z tych uśmiechów,które zdradzają,że ktoś zaraz palnie coś głupiego,zanim do tego dochodzi odpowiadam:
-maluję
-aaa....Przytakuję,jakby rozumiał.po chwili kiwa lekko głową unosi brew i jakby nie dosłyszał:
-malujesz?.Irytują mnie te pytania,ale nie dam mu tej satysfakcji:
-tak.Odpowiadam ukrywając frustrację.
-okay,rozumiem..miałeś córkę tak?opowiedz mi o niej.Widać zna się na fachu,nie lubię tematu mojej córki..Sue miała sześć lat...a te bydlaki ją zabiły.Niczemu niewinne dziecko stało się ofiarą bestialskiego mordu.Ginęła w męczarniach..szklane.wpatrzone w dal oczy...powiedziały mi wszytko.Była jeszcze ciepła...chociaż jej serce nie biło.Tego dnia mieliśmy iść na plac zabaw.Ja,Sue i Alison ,moja ex.Cieszyłem się chyba bardziej niż ona.Tak bardzo lubiłem spędzać z nią czas.Wydawało mi się ,że całe moje życie kręci się w okół niej.Trzymając ją tak na rękach,przypominałem sobie każdy spędzony z nią dzień..Alison leżała na ziemi,ja również z ciałem córki na rękach kląkłem koło niej.Wiedzieliśmy,że nic nie da się zrobić. Nie oddychała od Czterdziestu minut.Lekarz nie pozostawił mi złudzeń. Pańska córka nie żyje powiedział.Nie żyje,tak to do mnie dotarło. Te słowa Zabolały mnie bardziej,niż upadek z czwartego piętra na nogi ,czy postrzał z wiatrówki.Wyrwali mi ją z rąk. Po Alison przyjechała jej matka, nie zdążyłem się z nią pożegnać,pocieszyć,chociaż wiem ,że nic nie podniosłoby ją wtedy na duchu. Sue Nie żyje,moja mała Sue nie żyje..a jeszcze nie dawno planowaliśmy wspólny wyjazd w góry,jak tylko Alison dostanie urlop.Powtarzałem.A ona za każdym razem cieszyła się jakbym mówił to pierwszy raz......

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz