Reszty wydarzeń sobie nie przypominam.Obudziło mnie jasne światło.Niebo? Niee ....to ktoś świeci mi po oczach:
-kurwa-z trudem zaspany wydusiłem. Osobnik uśmiechnął się.Spojrzałem ledwie przytomny,pierw na faceta ubranego na biało -Lekarza później do okoła.....wszędzie biało. Szybko domyśliłem się ,że jestem w szpitalu. Spojrzałem na swoje ręce,na lewym nadgarstku założyli mi wenflon.. Ktoś Pogłaskał mnie po ramieniu, w tym samym momencie odzywa się dobrze znany mi głos:
-Taylor?
-Alison?-również pytam ledwie przytomny,bo strasznie boli mnie głowa z tyłu z niepoznanych mi jak na razie przyczyn:
- dobrze się czujesz?
- taaaak-kłamię,bo czuje się okropnie,a ból wydaje się nieznośny i wciąż się nasila.
- Głowa cie nie boli?
-trochę
-Lekarz zaraz ci coś przyniesie.
- co ty tu robisz?-zbaczam z tematu,bo mam dość tematu mojego zdrowia.
- przyjechałam
-jak?
-Razem z tobą
-czym?-dociekam unosząc brew
-Karetką
- co mi się stało?
- nie pamiętasz?
-nie..nie bardzo
- To ja ci też mało powiem,bo jak przyszłam to leżałeś na podłodze nieprzytomny.
-czyli też nie wiesz?to co mi właściwie jest?
- Dostałeś czymś w głowe...straciłeś przytomność w wyniku uderzenia a to nie za dobrze.
- Czymś w głowę?-powtórzyłem pytająco.
-tak przypuszcza lekarz
-czym?
-Doktor j tego nie wie...ale założyli ci 6 szwów z tyłu głowy.
-sześć?
-tak? napewno czujesz się dobrze?
-taaa..tak.Westchnęła wciąż głaskając mnie po ramieniu:
-okay...
-jesteś zmęczona?idź do domu..
-nie..nie jestem
-przecież widzę...idź nie musisz tu ze mną siedzieć.
-nie wysiedzę w domu.-powiedziała znów wzdychając
-czemu?
-przecież wiesz...bez niej jest..-głos się jej załamał.-Tak cicho..Objałem ją jedną ręką głaskając w talii:
-Wiem...ale to już Osiem miesięcy....musisz się uspokoić.
-przy tobie umiem,ale w domu mi nie wychodzi.-Wtuliła się:
-Może powinnaś się przeprowadzić?
-może..
-Alis...musisz iść dalej...Mi też jest ciężko..Sue nie chciałaby żebyś była smutna..
-wiem. Rozpłakała się na Amen...Znowu-pomyślałem
-Alis...nie płacz -Próbowałem ją uspokoić.
-kiedy ja tak bardzo ją kochałam!-Wtuliła się we mnie płaczać jeszcze bardziej,a ja czułem jak każda jej łza wsiąka w moją koszulkę:
-kochanie wiem...ja tak samo...ale nie możemy się załamać...-głaskałem ją po plecach,Nie pomogło,wciąż płakała. Starałem się ją pocieszyć,wiem że było jej ciężej ode mnie..w końcu to ona spędzało z nią większość czasu.Jeśli ktoś tego nie przeżył...to tego nie zrozumie..to trudne.W pierwszych tygodniach przechodząc ulicami..patrząc na te wszystkie dzieciaki szukasz w nich swojej córki..pomimo iż dobrze wiesz ,że jej tam nie ma i tak czujesz ogromne rozczarowanie i żal kiedy się zorientujesz.Każde miejsce w którym z nią byłeś...widziałeś ...nagle kojarzy ci się tylko z nią. Za każdym razem miałem w oczach łzy ,gdy o niej myślałem..a to wciąż nie dawało mi spokoju..myślałem tylko o tym...Co by było gdybym był szybciej? Czy to w ogóle by coś zmieniło?Może bym to widział i jeszcze bardziej się obwiniał?a może jednak bym zdążył...kula przebiła by się przez moje żebra..zginął bym pierwszy..później ona...Czy wołała mnie? A może chciała umrzeć? Może chodziło o mnie? Dlatego teraz dostałem w głowę?...Hyh...jedyne czego jestem pewien to tego,że znów dziś nie usnę....
piątek, 8 kwietnia 2011
Rozdział IV
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz